Oj dawno już nie gościł na łamach tego bloga Muzyczny Przegląd. Zrezygnowałem z cotygodniowej formy tego cyklu, gdyż po części wymuszała na mnie trochę masowe podejście do słuchania płyt aby “uzbierać” materiał na kolejny odcinek. Zamiast tego teraz, kiedy znajdę potrzebę opisania/ocenienia/zestawienia ze sobą paru płyt naraz wykorzystam do tego szyld MP. Tyle w kwestii wyjaśnień czysto “technicznych” – czas przejść do meritum.
Dziś chcę przedstawić wam dwa bardzo ciekawe albumy z Francji reprezentujące, ogólnie mówiąc, emocjonalny hardcore. Tak tak, teraz gdy słowo emo ma pejoratywny wydźwięk lepiej (i bezpieczniej!) jest posłużyć się jego pierwotną wersją. Ale od razu powiedzmy sobie jasno – muzyka zawarta na tych krążkach oprócz wspólnej łatki nie ma nic wspólnego z zespołami takimi jak Fall out Boy, Hawthorne Heights itp. (nie miejsce tu i czas na wywód na temat rozwoju emocore’a, zainteresowanych odsyłam do wikipedii). A więc…Panie i Panowie, przed Wami…Daitro i Sed Non Satiata! Powitajcie gości gorącymi brawami!
-
Daïtro – Y

Daïtro - Y (2009)
Niemalże w każdym źródle, z którego czerpałem informacje na temat tego zespołu był on określany jako absolutna czołówka europejskiej sceny screamo. Choć w temacie “prawdziwe emo/screamo” jestem zupełnym żółtodziobem to nie dziwie się takiemu stanowi rzeczy – muzyka Daïtro nawet oderwana od kontekstu tej sceny jest po prostu bardzo dobra.
Po pierwsze dźwięki zawarte na “Y” są niesamowicie melodyjne. Nie, może nie przebojowe niczym kalifornijski punk, ale melodyjne, harmonijne i powodujące, że chce się do nich wracać. Po drugie w tych melodiach muzycy Daïtro potrafią zawrzeć prawdziwy wulkan emocji. Po trzecie “Y” to album zróżnicowany a zarazem monolityczny. Przez cały czas słyszymy charakterystyczny styl grania, jednak za pomocą zmian tempa i dynamiki muzycy konstruują nieprzeciętne i ciekawe kompozycje. Co ciekawe obok mocnego zadziornego grania sporo tutaj odlotów w kierunku klimatycznego post-rocka.
Francuski to bardzo melodyjny język – wokalne harmonie to chyba najmocniejszy składnik tej płyty. Mamy tutaj zarówno partie śpiewane “na czysto” jak i fragmenty z krzyczanym wokalem, który jest na tyle mało intensywny, że nie spowoduje u nikogo bólu głowy. Żeby było lepiej notorycznie mamy tutaj do czynienia z podziałem wokali na dwie osoby, z chórkami (no tak, żadna odmiana hardcore’u nie obejdzie się bez tzw. “gang vocals”) a nawet z melodeklamacją. Bardzo dobrze, że Panowie postanowili trzymać się języka ojczystego, bo ten jest bardzo miły dla ucha i pozawala na odróżnienie się od tłumu kapel spiewających po angielsku.
Pod względem brzmieniowym muzyka nawiązuje raczej do punkowych korzeni hardcore’u. Nie, nie chodzi tu wcale o brud, niechlujstwo czy jakieś trzaski w głośnikach. Po prostu – zapomnijcie o amerykańskim hc i jego ciężkim, metalowym brzmieniu i wyciągnijcie z szafy The Clasha. Słyszycie to – gdzie tam ciężar, agresja i charczące od przesterów wzmacniacze? No właśnie, Daitro także nie atakuje nas potężnym brzmieniem – lekki przester gitar, soczysty bas i mocna perkusja wystarczą aby wykreować dobra atmosferę.
Podsumowując, najnowsze dzieło Francuzów z Daïtro mogę śmiało nie tylko fanom gatunku “real screamo”, ale każdemu wielbicielowi rocka, punku czy hardcore’u. Płyta nie jest tak skoczna jak typowe nuty inspirowane punkiem, ale w zamian oferuje miłą dla ucha atmosferę, wspomniane po tysiąckroć melodie i masę emocji – czyli tego, czego w emocjonalnym hc zabraknąć nie może.
Ocena: 5/6
Data wydania: wrzesień 2009
Wytwórnia: PurePainSugar
-
Sed Non Satiata – Le Ciel De Notre Enfance

Sed Non Satiata - Le Ciel De Notre Enfance
Druga propozycja na dziś to także czołówka europejskiej sceny screamo, tym razem jednak w nieco bardziej agresywnym wydaniu. Francuski kwartet z Tuluzy swoją nazwę zaczerpnął z tytułu jednego z wierszy Charlesa Baudelaire’a, który znaczy dosłownie mniej więcej “Nigdy nie zaspokojony”.
Z dźwięków Sed Non Satiata wypływa duża doza jesiennej melancholii i smuteku doprawionego sporą dozą złości i młodzieńczego gniewu. Płytę rozpoczyna spokojne intro utworu “Moi Le Premier”. Spokojne dźwięki po parudziesięciu sekundach ustępują kaskadzie cięższych gitar i krzyczanemu, francuskiemu wokalowi. W środkowej części utwór uspokaja się nieco, dalej jednak utrzymując ten sam ciężar. Przy okazji już na początku zespół punktuje za ciekawą pracę dwóch gitar.
Kolejny na trackliście “Spirit Fuel” utrzymany jest w tym samy duchu – rozpoczyna się nieco złowrogim gitarowym intrem, by po chwili przejść w skoczny i intensywny emocjonalny hardcore. W samym środku “Le Ciel De Notre Enfance” muzycy umieścili ciekawy instrumentalny, post-rockowy “En Attendant L’aube”. Jest to najbardziej nastrojowy utwór na tej płycie. Mamy tutaj klasyczne dla post-rocka powolne rozkręcanie się i narastanie utworu w kierunku punktu kulminacyjnego po którym następuje uspokojenie i stopniowe wyciszenie utworu. Jedna z ciekawszych kompozycji na tym wydawnictwie.
W następnym utworze, “Hypocrisie Des Sentiments” , zespół znów podkręca obroty. Melodyjny wstęp szybko ustępuje mocnemu, wściekłemu rockowemu wykopowi. Niespełna 2 minutowy strzał to jednak tylko preludium do “Urgent D’attendre”. Utwór finałowy to kolejny dynamiczny wulkan emocji. Mamy tutaj szybki nerwowy początek, zaskakujące zmiany tempa i podniosłą końcówkę. Zespół używa tutaj także czystych wokali, a część tekstu jest śpiewana po angielsku.
Sed Non Satiata zachowuje więc intensywność i dynamikę muzyki hardcore, wtrącając jednak parę groszy w postaci głębokiej emocjonalności. Francuzi przejawiają jednak także liczne ciągoty post-rockowe, ujawniające się w pełni we wspomnianym wyżej “En Attendant L’aube”. Tego typu patentów zespół umiejętnie używa do zbudowania tajemniczego, jesiennego klimatu.
Brzmienie SNS choć z jednej strony podobne do opisywanego wyżej Daïtro, jest nieco cięższe. Mniej wyraźna jest tu perkusja, za to gitary są mocniej przesterowane co daje im mocniejsze, bardziej rockowe brzmienie. Warto także odnotować fakt, że mamy tutaj dwie gitary i każda brzmi inaczej co daje bardzo ciekawy efekt pojedynkowania i przenikania się jednej gitary z drugą.
“Le Ciel De Notre Enfance” jest bardzo dobrą i ciekawą propozycją. Największą jej wadą jest długość – 23 minuty z sekundami to trochę mało, tym bardziej, że muzykę otrzymujemy przednią. Nie ma tutaj ani grama nudy, są tylko ciekawe, zarówno dynamiczne jak i nastrojowe kompozycje wypełnione po brzegi silnymi, młodzieńczymi emocjami. Po przesłuchaniu pozostaje więc pewien niedosyt, który jednak nie zmienia faktu, że gorąco polecam to wydawnictwo.
P.S. Album można ściągnąć za darmo ze strony zespołu. Wystarczy wejść w dział “Discography” a potem kliknąć na okładkę albumu i bezczelnie pobrać każdy utwór z osobna.
Ocena: 4+/6
Data wydania: grudzień 2005
Wydawnictwo: PurePainSugar




Debiutancki album solowego projektu Justina Broadricka to jedna z ciekawszych moim zdaniem propozycji na szare deszczowe popołudnie. Muzyka Jesu to połączenie ciężkiego gitarowo-basowego podkładu z melodyjnymi wstawkami i śpiewanym wokalem Justina, oprawione w motorycznyne, ślamazarne rytmy. Ociężałe i powolne utwory sącząc się jeden po drugim z głośników potrafią wprowadzić w melancholijny trans. Ta muzyka nie tyle brzmi jesiennie, co jest jesienna sama w sobie – piękne linie melodyczne powplatane w utwory są bardzo nostalgiczne i mają w sobie coś mistycznego i tajemniczego co niesamowicie wciąga, jeśli tylko wczujemy się w tę atmosferę.
Może to nieco zbyt fanboyowskie podejście, ale dla mnie ten krążek to prawdziwa muzyczna perła, i pewnego rodzaju powiew świeżości wśród post-metalowych zespołów. “Gallilean Satellites” to z jednej strony monolityczne i wielowątkowe brzmienie, a z drugiej smutne i poruszające teksty z pozoru tylko dotyczące kosmicznych wojaży, w rzeczywistości mówiące o bardzo ludzkich sprawach.
Jako trzeci zespół miało być tutaj Neurosis, ale po przesłuchaniu paru kawałków, doszedłem do wniosku, że jednak nie będzie to odpowiedni wybór. I tak po pewnym czasie przypomniało mi się o wspólnym skoku w bok muzyków z Neurosis oraz Isis w postaci Red Sparowes, słynącego m.in. bardzo długich tytułów utworów, którymi muzycy najwyraźniej nadrabiali brak wokali, a co za tym idzie także tekstów.