Przeprowadzka!

grudzień 12, 2009 - autor: keenesh

Tak tak, dobrze widzicie – opuszczam stronę Keenesh’s Weblog i przenoszę się na nową:

http://nieznasztego.wordpress.com

Jest to strona którą założyłem wspólnie z Łukaszem z Dźwieków nowych parę. Główne założenia nie zmieniają się – nadal tematem przewodnim będzie muzyka i to, jak sugeruje tytuł bloga, głównie ta niszowa, nieobecna w mediach. Jedyna zmiana to większa ilość redaktorów – oprócz naszej dwójki mamy jeszcze trzeciego “mędrca” do kolekcji, który (mam nadzieję) wkrótce ujawni się jakimś wpisem:)

Skąd ta decyzja? Ano, od dłuższego czasu chciałem stworzyć jakąś większa stronę o muzyce z innymi osobami tak jak ja słuchające raczej nietypowych nut. Platforma WordPress pozwala w dość prosty sposób taka stronę stworzyć – więc gdy tylko natrafiła się odpowiednia osoba (czyt. hadhayosh) skorzystałem z okazji i zaproponowałem stworzenie czegoś razem.W taki właśnie sposób powstało Nie znasz tego! , które (mam nadzieję) przypadnie wam do gustu bardziej niż  nasze blogi oddzielnie.

Aha – jeszcze taka jedna informacja – jeśli ktoś byłby zainteresowany pisaniem (niekoniecznie regularnym) na naszej nowej stronie niech pisze śmiało na lastisis[at]yahoo.pl, jesteśmy otwarci na miłośników niekomercyjnej muzyki.

P.S. Co do tego adresu, to nie pojawi się już tutaj żaden nowy wpis, a samą stronę usunę gdzieś w okolicy świąt. Wszystkie stare wpisy, zarówno moje jak i Łukasza, są przeniesione na nową stronę, także nic nie zaginie w trakcie tej przeprowadzki.

A na koniec, dla przypomnienia i utrwalenia, adres nowej strony:

http://nieznasztego.wordpress.com

[singiel] Chimaira – Destroy and Dominate

grudzień 6, 2009 - autor: keenesh

21 kwietnia Anno Domini 2009 miała premierę 5 już płyta clevelandzkiej Chimery zatytułowana “Infection”. 15,000 kopii sprzedanych w ciągu tygodnia w USA, 30 miejsce na liście Billboardu, pozytywne recenzje, trasa koncertowa itd. itd. Ale nie tym się będziemy dziś zajmować. Obiektem dzisiejszej obserwacji będzie “Destroy and Dominate”, drugi singiel z “Infection” oraz klip do niego.

Z Panem na przedzie lepiej nie zadzierać

Wielkim fanem, ani nawet małym, Chimairy nigdy nie byłem - “Resurrection” gościło kiedyś w moim odtwarzaczu, ale nie na długo, a pozostałych albumów nawet nie znam. “Destroy and Dominate” ma w sobie jednak to coś, co sprawiło, że od razu polubiłem ten kawałek. W warstwie muzycznej jest to wolny i potężny walec rozjeżdżający słuchacza. Gitary grają hipnotyczny i złowieszczy riff, perkusyjny “rowerek” powoli toczy się do przodu a elektroniczne pogłosy potęgują chłód bijący od “Destroy…”. Ponad tym wszystkim słychać tutaj agresywny wokal Marka Huntera - z którego bije jak zwykle wściekłość i gniew.

No ale trudno by było inaczej, tekst “Destroy and Dominate” jest na tyle sugestywny i wymowny, że łatwo się w niego wczuć i wzbudzić w sobie złość – szczególnie jeśli było się kiedykolwiek kozłem ofiarnym, szkolnym wyrzutkiem, samotnikiem niekoniecznie z wyboru itd. Utwór opowiada bowiem historię takiego właśnie outsidera, doprowadzoną jednak do ekstremum. Bohater utworu jest samotny, nie ma rodziny, domu, przyjaciół. W otaczających go ludziach zamiast pocieszenia znajduje tylko poniżenie i upokorzenie. Jak łatwo się domyślić powoli narasta w nim gniew i żądza zemsty co idealnie oddaje atmosfera utworu. Tekst jest świetny, polecam zapoznanie się z nim. Nie wnikam w źródło inspiracji Huntera, ale trzeba przyznać, że (przynajmniej moim zdaniem) nad wyraz dobrze oddał uczucia towarzyszące tego typu sytuacjom i osobom.

Ku mojej dzikiej radości także klipowi nie mogę nic zarzucić. Co prawda teoretycznie należy do znielubianego gatunku prezentującego zespoły grające w jakimś miejscu (tutaj w jakiejś sali prób/piwnicy), jednak zrealizowany jest tak, że zupełnie mi to nie przeszkadza. Z uwagi na tempo utworu, klip także jest nieco wolniejszy – poszczególne ujęcia nie przemykają nam przed oczyma z tempem światła. Sceny zespołu grającego z przytulnej, nieco mrocznej sali prób reżyser (Todd Bell) poprzecinał różnymi innymi nagraniami – czy to topniejącego lodu, czy latających ptaków lub oślepiającego słońca. Dlatego też, choć brakuje tutaj jakiejkolwiek fabuły, ogląda się to całkiem przyjemnie i nie mamy wrażenia wtórności, jak przy większości podobnych konceptualnie klipów.

Podsumowując, “Destroy and Dominate” to kawał solidnego metalowego grania na poziomie, który nie budzi żadnych zastrzeżeń. Ponadto ma swój niepowtarzalny klimat, i do tego jest promowany przez całkiem dobry teledysk. Chyba czas zapoznać się z “Infection” moi drodzy.

Chimaira – Destroy and Dominate

I am the bastard son
The expendable one
War is in my blood
Rage is in my heart
The lone wolf inside me
No home, no family
Just wanted serenity
But you pushed
You pushed me
You pushed me
The lone wolf inside me
Needs to be set free

One by one I’ll crush you all
Day by day destroy and dominate
Blood
Blood for blood
Destroy, destroy and dominate

Rejected by society
The same one that created me
And I don’t care what you say anymore
I am no longer your slave
The lone wolf inside me
Has finally been set free

One by one I’ll crush you all
Day by day destroy and dominate
Blood
Blood for blood
Destroy, destroy and dominate

Dominate.

One by one I’ll crush you all
Day by day destroy and dominate
Blood
Blood for blood
Destroy, destroy and dominate

[Polecajka] Maylene and the Sons of Disaster

grudzień 4, 2009 - autor: keenesh

Co powstanie jeśli hardcore’owcy z Alabamy zaczną grać southern-metal? Powstanie Maylene and the Sons of Disaster – energetyczna mieszanka southern rocka, metalu i hardcore’owej żywiołowości. Zespół powstał w 2004 roku, a na jego czele stanął Dallas Taylor – były wokalista post-hardcore’owej kapeli Underoath.

Maylene and the Sons of Disaster w środowisku naturalnym

Nazwa MATSOD odnosi się do historii Arizony Clark Barker, znanej też jako Ma Barker (Mamuśka Barker) – przywódczyni “rodzinnego” gangu Barkerów . Składał się on między innymi z jej synów i kochanków którzy zajmowali się głównie porwaniami, rabunkami czy sutenerstwem.  Gang zdobył rozgłos w Stanach Zjednoczonych latach 30 XX wieku, epoce wrogów publicznych pokroju Johna Dillingera czy właśnie gangu Barkerów. Tak na marginesie dodam, że podobno “szefostwo” Pani Barker w gangu to mit stworzony przez FBI (więcej znajdziecie na wikipedii).

Nawiązanie do historii Mamuśki Barker w nazwie zespołu (jak i w tekstach) nie ma jednak na celu gloryfikacji tego typu postaci. Muzycy podkreślają, że historia gangu Parkerów uzmysławia, że nie da się uciec przed boską sprawiedliwością (Barkerowie zginęli w trakcie obławy policyjnej) – innymi słowy każda niesprawiedliwość ma zostać “zrekompensowana” przez siłę wyższą.

Dallas Taylor

Ciekawa i intrygująca otoczka pasuje idealnie do muzyki Maylene… która łączy w sobie metal z southern rockiem – z czego powstaje iście piekielna i gorąca mieszanka. Na debiutanckim krążku kapeli p.t. “Maylene and the Sons of Disaster” słychać jeszcze wyraźnie hardcore’owe proweniencje członków zespołu – choć muzyka opiera się na patentach które od razu skierują nasze myśli ku południu USA, to znajdziemy tutaj gdzieniegdzie breakdowny i inne tego typu smaczki. Album intryguje i ciekawi swoim południowym klimatem połączonym z ciężkimi gitarami, brakuje mu jednak chwytliwych i skocznych melodii oraz bardziej “redneckich” partii gitar w które obfitują następne, bardziej złożone wydawnictwa.

Pełny obraz możliwości MATSOD ukazują dopiero dwa kolejne (i jak na razie jedyne) krążki – “II” oraz “III”. Wydawnictwa te stanowią bardzo dobry przykład połączenia inspiracji muzyką południowych regionów Stanów Zjednoczonych z metalem. Na obu albumach aż roi się od mięsistych riffów, południowej melodyki wplecionej w zagrywki gitarowe, skocznej perkusji oraz…całkiem “radiowych” refrenów. A wszystko to podlane sosem z podkręconych do oporu wzmacniaczy, zespół bowiem przez cały czas utrzymuje wysokie obroty, pozwalając sobie na zwolnienie jedynie w balladkach i utworach instrumentalnych kończących oba albumy. Jedyny zarzut kieruje tutaj wobec “trójki”, na której moim zdaniem za mało ognia, a za dużo chwytliwych refrenów – siłą Maylene… jest żywiołowość ze szczyptą melodii, nie na odwrót.

Klimat twórczości MATSOD jest specyficzny – osoby które nie trawią wszystkiego co związane ze słowem “redneck” raczej nie polubią tego typu grania ponieważ  słuchając tej muzyki aż chce się założyć kraciastą koszulę, czapkę  “trakerkę” tudzież kapelusz i kowbojki oraz obowiązkowo przyszyć konfederatkę na ramieniu. Chłopców mamuśki Barker powinni z miejsca pokochać wszyscy fani melodyjnego i żywiołowego grania utrzymanego w klimatach rdzennie amerykańskich. Aby się przekonać, czy macie szanse polubić MATSOD obejrzyjcie poniższe klipy, dobrze oddają charakter twórczości zespołu.

[klip] Baroness – A Horse Called Golgotha

grudzień 1, 2009 - autor: keenesh

Nowy album Baroness, “Blue Record”, to jedna z najgorętszych premier tego roku – i to całkiem zasłużenie, bo baronowa nagrała materiał który nawet mnie przekonał w pełni do tego zespołu. Coś mi się widzi, i nie tylko zresztą mnie, że mamy do czynienia z narodzinami kolejnej muzycznej bestii pokroju Mastodona – undergroundowej załogi która ma szansę oczarować swoim talentem cały świat. I bardzo dobrze, wypada tylko Baizleyowi i spółce pogratulować i trzymać kciuki za sukces.

Słynny połykacz publiczności - John Baizley z Baroness

No ale nie o tym będzie ten króciutki wpis (nie mam dziś za wiele czasu więc w paru słowach tylko, wybaczcie). Dziś przyjrzymy się jedynemu, jak na razie, klipowi reprezentującemu “Blue Record” zatytułowanemu “A Horse Called Golghota”. Od strony muzycznej to progresywne cudo – utwór rozbudowany, wielowątkowy, żwawy i wciągający. Mamy tu fajne solówki, solidne riffy i w końcu bardziej agresywne brzmienie całości – czego moim zdaniem brakowało na dotychczasowych wydawnictwach. Intrygująco wypada także tekst tego utworu – ja osobiście nie mam pomysłu na sensowną interpretację całości, dlatego też na samym dole zamieszczam liryki- przeczytajcie, posłuchajcie i obejrzyjcie a potem możecie napisać co o tym sądzicie.

Strona wizualna “A Horse Called Golghota” także wywiera bardzo pozytywne wrażenie – przy użyciu całkiem prostych metod reżyserowi (Joshua Green z The Distillery Collective) udało mu się uzyskać bogaty wizualnie obrazek, opowiadający historię człowieka który odchodzi/ucieka z miejsca wyglądającego na coś a’la piekło. Oglądamy jego wędrówkę oraz towarzyszące jej emocje/przeżycia, a w finale widzimy coś co wygląda na oczyszczenie i zerwanie kajdan. Jest to zdecydowanie jeden z lepszych klipów jakie ostatnio miałem okazję widzieć, polecam zapoznać się z nim, chociażby poniżej – warto! Ja tymczasem idę nurkować w książkach.

Baroness – A Horse Called Golgotha

Call the boy
He’s down the hallow
Cull the tide
Distill the rye

Now it’s time for medication
Stallions on the eiderdown

The stained horizon
Ablaze with revolvers
Stampedes and bridles

Exorcise the family demons
Stallions on the eilderdown

The stained horizon
Of the dark rein and rider
The steed named Golgotha

Muzyczne smuty na jesienno-zimowe wieczory III

listopad 28, 2009 - autor: keenesh

Jesień zbliża się już ku końcowi i niedługo powinniśmy przywitać za oknem zimę, która zapewne znów się na nas wypnie i zgotuje nam święta bez śniegu. Na ulicach miast zauważyliście już zapewne pierwsze ozdoby świąteczne – co najmniej 2 tygodnie za wcześnie, a w telewizorach niedługo (a może już? stety-niestety pozbawiony jestem tv-pudła) zagoszczą “świąteczne” reklamy skutecznie niszcząc resztki magicznej aury otaczającej Boże Narodzenie. Ja tymczasem zebrałem się w sobie żeby przygotować dla Was kolejną (i chyba już ostatnią) listę jesienno-zimowych szlagierów płytowych

Holdcut – Inept Vision

Na pierwszy ogień idzie dziś moja osobista klasyka – Holdcut. Pod tym enigmatycznym pseudonimem kryje się Gdański muzyk i kompozytor Jacek Zgutczyński. Muzyka którą tworzy to mieszanka hip hopu, elektroniki i filmowych cytatów, wokół całości unosi się gdzieniegdzie duch DJ Shadowa. “Inept Vison” to moim zdaniem najlepsze dzieło tego utalentowanego muzyka, stanowiące syntezę jego stylu. Całość utrzymana jest w smutnym i przygnębiającym tonie. Dzięki zastosowaniu filmowych wstawek i licznym  muzycznym kontrastom Holdcutowi udało się tutaj otrzymać piorunujący i poruszający do głębi efekt. Słuchając tej płyty czuję się jakbym oglądał dramat, i to nie jakiś tanie filmidło puszczane w telewizji, ale naprawdę dobrą produkcję, dokumentującą ludzkie tragedie – zawiedzione nadzieje, połamane skrzydła czy zniweczone marzenia i plany.

Świetnie (jak zwykle) wypadają tutaj utwory w których rapuje Duże Pe, najczęstszy chyba gość na  instrumentalnych w głównej mierze albumach Holdcuta. Wylewa on z siebie wszystkie żale dotyczące tego świata., a jego mocne teksty świetnie pasują do mrocznych utworów. Innym wartym uwagi gościem jest Magdalena Dzięgiel - nie znam jej dokonań solowych, jednak tutaj prezentuje z jak najlepszej strony swój piękny i kobiecy głos.

Zdecydowanie polecam tę płytę każdemu wielbicielowi smutów, szczególnie w wersji elektronicznej – ta płyta naprawdę potrafi rozłożyć na łopatki, i nie mówię tu tylko o aspekcie muzycznym, ale i emocjonalnym. Na koniec warto dodać, że Inept Vision, jak i cała twórczość Holdcuta, jest dostępny za darmo na oficjalnym blogu muzyka.

Subheim – Approach

Elektronikę reprezentuje dziś jeszcze jeden wykonawca – Subheim. Ten pochodzący z Grecji muzyk tworzy intrygującą mieszankę ambientu, IDM-u i downtempo. Muzyka zawarta na jego ostatnim krążku zatytułowanym “Approach” jest przeciwieństwem tego, co słyszymy u Holdcuta. Kluczowym słowem w opisie tych dźwięków jest bowiem “minimalizm”. Krążek jest bardzo ascetyczny jeśli chodzi o użyte na nim dźwięki – mamy tutaj zazwyczaj wyraźny beat, nadający całości rytm, doprawiony klawiszowymi plamami dźwięku i paroma elektronicznymi przeszkadzajkami. W kilku utworach doświadczymy także zimnych i mocnych dźwięków fortepianu, skrzypiec czy damskich wokali.

Nie jest to jednak absolutnie wada tej płyty gdyż dzięki temu jest ona bardzo przestrzenna, spokojna i statyczna – co ciężko jest osiągnąć przy aranżacyjnym przepychu na modłę barokową. Nie ma tutaj żadnych nagłych zwrotów akcji, wszystko płynie powoli i spokojnie do przodu, pozwalając się odprężyć i wyciszyć. W wyniku tego z materiału bije nieco chłodny, jesienny można by powiedzieć, klimat naznaczony melancholią,  mglistymi wspomnieniami z przeszłości i sporą dozą tajemniczości. Kompozycje zawarte na “Approach” idealnie obrazuje okładka tego wydawnictwa, przedstawiająca ciemną, ledwie zmącona wodę w rzece. Na samotne wieczory i zimne poranki – ideał.

Ghost Brigade – Isolation Songs

Z ambientowej Grecji przenosimy się do Skandynawii, a dokładniej do Jyväskylä w Finlandii, miejsca pochodzenia formacji Ghost Brigade. Choć zespół ten ma dopiero 4 lata, to dość śmiało sobie poczyna na swojej ostatniej płycie. Muzyka jaką oferują na Finowie to mieszanka doom-metalu i depresyjnego rocka. “Pieśni Odosobnienia” zawierają 11 kompozycji przepełnionych smutkiem i melancholią, jaka zazwyczaj towarzyszy stanowi izolacji.

Muzycy Brygady Duchów mają duży talent w pisaniu  melodyjnych, emocjonalnych i ciężkich kawałków. Twórczość GB często budzi skojarzenia z Katatonią – szczególnie we fragmentach w których Manne Ikonen śpiewa zamiast growlować (nota bene obie formy wydawania dźwięku z gardła wychodzą mu bardzo dobrze) – głos ma wręcz idealny do takiej muzyki. Jednakże Ghost Brigade nie aspiruje na szczęście do bycia Katatonią nr.2 i ma swoiste cechy indywidualne. Ich źródłem jest obecny tutaj pierwiastek doom-metalowy – kompozycje są więc utrzymane maksymalnie w średnim tempie, a do tego zagrane ze sporym, momentami, ciężarem – czyli tak jak na doom przystało. Warto także zwrócić uwagę na rozbudowaną strukturę niektórych utworów, ocierającą się momentami o progresywę/post-metal, jak chociażby instrumentalne “22:22 Nihil” czy przepiękny 9-minutowy “Birth”.

Połączenie melodyjności z masywnym i nieco ociężałym walcowaniem oraz smaczkami w postaci fortepianu czy skrzypiec daje tutaj świetne efekty. Na “Isolation Songs” znajdą coś dla siebie zarówno fani zespołów typu Katatonia/Sentenced jak i miłośnicy mroczniejszej i mocniejszej muzyki spod znaku doom-metal. Jedna z ciekawszych płyt roku, i choć została wydana w wakacje, to właśnie teraz warto się z nią zapoznać – gorąco polecam.

[recenzja] The Red Chord – Fed Through The Teeth Machine

listopad 27, 2009 - autor: keenesh

The Red Chord - Fed Through the Teeth Machine (2009)

Na nowy album Guya Kozowyka i spółki czekałem ze sporą niecierpliwością, ale i z pewnymi obawami o to, czy podołają i nagrają krążek na miarę swoich możliwości. Pierwsze dwa “single” nastrajały bardzo dobrze – zarówno “One Robot To Antoher” jak i “Demoraliser” prezentowały krótkie, nieco ponad 2 minutowe wyziewy połamanego death metalu. Pomimo tego, wciskając “play” przy pierwszym podejściu do “Fed Through…” czułem pewien niepokój co do jakości materiału, którym Panowie z TRD mieli mi zgwałcić układ słuchowy.

Na szczęście obawy okazały się płonne - “Fed Through The Teeth Machine” to nic innego jak 35 minut czystej ekstremy na najwyższym poziomie. Zespół mknie jak szalony, nieczęsto dając słuchaczowi okazję do wytchnienia. Death metalowe galopady co rusz są tu przerywane breakdownami, ilość zmian tempa jest spora, ale na szczęście są one dozowane na tyle sensownie, że nie zaburzają dynamiki płyty. Bardzo dobrze wyszło tutaj także zespołowi wplatanie krótkich melodyjnych przejść, które dają okazję do złapania oddechu tudzież odzyskania przytomności przed kolejnym uderzeniem.

Na pierwszy plan wysuwa się na tej płycie gitarzysta Mike “Gunface” McKenzie. Pomimo rezygnacji z drugiego “wiosłowego” na płycie słyszymy pięknie dopracowaną grę dwóch gitar której jednym z lepszych przykładów może być  ich praca w “Embarassment Legacy”. Riffy są tak jak na poprzednich wydawnictwach TRD mocne i soczyste, pełno w nich deathmetalowej mocy i hardcore’owej agresji ujętych w ramy charakterystycznego stylu grania grupy. Jednakże tym co naprawdę zachwyca i zasługuje na uznanie są tutaj partie gitary solowej – tak melodyjnie jeszcze u tych Panów nie było. Solówki które słyszymy w “Demoraliser”, “Hour of Rats”,”Sleeples Nights In The Compound” czy paru innych kawałkach otwarcie nawiązują do gitarowej klasyki – są pełne melodyjności i uczucia.

To, że tak wychwalam pod niebiosa Gunface’a nie znaczy oczywiście, że inni muzycy popełniają tutaj jakąś manianę. Tylko co tu napisać na temat jak zwykle świetnej sekcji rytmicznej, z klasycznie metalową perkusją strzelającą na lewo i prawo blastami czy podwójną stopą we wszelkich możliwych tempach i dobrą grą basu, czy partiach wokalnych Guya Kozowyka i McKenziego do których nawet nie można się przyczepić? Wszystko jest tu zapięte na ostatni guzik i doszlifowane do granic możliwości. Wad nie stwierdzono.

Muzycy The Red Chord po raz kolejny porządnie przyłożyli do pieca, nagrywając przedni album. Jest on nieco mniej połamany niż poprzednie pozycje w dyskografii amerykańskiej bandy, w zamian mamy jednak nieco więcej death metalu  i wyśmienitą grę gitary solowej w bardzo melodyjnych i klasycznych solówkach. Polecam każdemu fanowi ekstremy, jedna z lepszych płyt w tym roku.

Ocena: 5+/6

Wydawnictwo: Metal Blade Records

Data wydania: 27 październik 2009

Tracklista:

  1. Demoralizer
  2. Hour Of Rats
  3. Hyms And Crippled Anthems
  4. Embarrassment Legacy
  5. Tales Of Martyrs And Disappearing
  6. Floating Through The Vein
  7. Ingest The Ash
  8. One Robot To Another
  9. Mouthful Of Precious Stones
  10. The Ugliest Truth
  11. Face Area Solution
  12. Sleepless Nights In The Compound

Fabryka Dźwięku z Muz rozdaje muzykę.

listopad 23, 2009 - autor: keenesh

Niezależny label Fabryka Dźwięku z Muz od 23 listopada, czyli od dziś, udostępnia za darmo albumy trzech swoich wykonawców – New Century Classics – Natural Process, Popo – Go Upstream i Zerova – Hello Tree. Są one dostępne z e-sklepu znajdującego się tutaj. Jedynym kosztem jaki ponosicie (ponosimy, chyba się skuszę na tę ofertę) to 4 złote stanowiące koszty przesyłki. Co prawda z formularza zamówień wynika, że zamawiając wszystkie trzy płacimy za wysyłkę każdej z nich oddzielnie, ale 4 złote za płytkę to nie chyba niezbyt wygórowana cena, nieprawdaż?

P.S. Przy okazji polecam przeczytać ten artykuł ze strony FDM, na temat darmowego rozpowszechniania muzyki.

Muzyczne wynalazki XXI wieku – crabcore, hyphy i cała reszta

listopad 23, 2009 - autor: keenesh

I Ty możesz zostać Crabcore'owcem!

Jeśli nie wiesz co to crabcore, nie słyszałeś hyphy lub nie masz pojęcia jak brzmi crunkcore a chciałbyś być na bieżąco z nowymi trendami w muzyce i zabłysnąć wiedzą na imprezie, masz niepowtarzalną okazję aby nadrobić swoje braki! Muzyczny serwis npr music przygotował listę dziesięciu gatunków które narodziły się, lub zdobyły popularność w nowym wieku. Niektóre z nich zasługują na pełne wstydu i zakłopotania przemilczenie, ale jeśli jesteście gotowi na mocne doznania – zapraszam do lektury tutaj.

Crabcore 4 life!

[klip] Kilka porad dla deathcore’owych wokalistów

listopad 21, 2009 - autor: keenesh

Fani deathcore’u mają to do siebie, że ostatnimi czasy lubią kowerować wokale ulubionych kapel i zamieszczać swoje dokonania na serwisie youtube, żeby pochwalić się przed światem swoimi możliwościami. Jednak wbrew pozorom nie jest to takie proste zadanie. Obejrzyjcie poniższy filmik, w którym miły Pan udzieli kilku praktycznych rad dla początkujących metalowych wokalistów:

–źródło: MetalSucks